Kierowcy zdążyli przywyknąć do jednej zależności: ceny paliw systematycznie malały z tygodnia na tydzień. Taki stan rzeczy uspokoił nastroje na rynku, jednak równocześnie uśpił czujność zmotoryzowanych. W międzyczasie na horyzoncie zaczęły pojawiać się sygnały zwiastujące możliwą zmianę kierunku. Eksperci ostrzegają, że obecna stabilizacja może być tylko chwilową przerwą od wcześniejszych spadków. Czy jest jeszcze powód do optymizmu?
Spokojne tygodnie na stacjach – czy to koniec?
Ostatnie tygodnie obfitowały w wyraźne, choć niewielkie, spadki cen na stacjach paliw. Dzięki temu tankowanie przestało być tak dużym obciążeniem dla domowych budżetów. Dla wielu kierowców był to długo oczekiwany moment po okresie gwałtownych podwyżek i wysokiej niepewności. Regularność tych obniżek podsycała przekonanie o stabilizacji rynku, co skłoniło niektórych do odkładania tankowania „na zapas”, licząc na dalsze spadki cen. Czy jednak taki optymizm okazał się na wyrost?
Specjaliści podkreślają, że długotrwałe serie spadkowe na rynku paliw zdarzają się niezwykle rzadko, zwłaszcza w czasach rosnących napięć na globalnych rynkach surowcowych. Choć ceny na końcowym etapie wydawały się korzystne, w tle występowały czynniki, które mogły zakończyć tę tendencję.

Niewidoczne ruchy na rynku paliw
Zmiany na stacjach są zwykle efektem szerszego procesu zachodzącego na rynku hurtowym oraz w notowaniach surowców energetycznych. Decyzje operatorów detalicznych oraz wahania na światowych giełdach często wyprzedzają widoczne przy dystrybutorach zmiany nawet o kilka tygodni. To właśnie tam pojawiły się pierwsze sygnały ostrzegawcze.
Analitycy wskazują, że ostatnie spadki cen na stacjach nie zawsze wynikały ze spadku kosztów zakupu paliwa. W wielu sytuacjach operatorzy zdecydowali się na czasowe obniżenie marży, aby utrzymać konkurencyjność swoich punktów sprzedaży. Taki zabieg jednak nie może trwać wiecznie.
Dodatkowo wzrosła uwaga wobec globalnych zmian na rynku surowców energetycznych. Nawet umiarkowane wzrosty cen ropy naftowej są sygnałem alarmowym dla rynku paliw. Prawdziwe pytanie brzmi: kiedy te wzrosty przełożą się na ceny widoczne dla kierowców?
Nieubłagany koniec taniego tankowania?
Prognozy ekspertów wskazują, że na początku lutego może nastąpić przerwanie niemal dwumiesięcznej serii spadków cen paliw. Mimo że ostatnie tygodnie przyniósł jeszcze niewielkie obniżki, specjaliści są zgodni, że trend zaczyna się odwracać.
Koszty tankowania benzyny i oleju napędowego spadały nieprzerwanie przez jedenaście tygodni, ale rosnące ceny ropy na światowych rynkach mogą wkrótce przerwać tę tendencję.
W pierwszym tygodniu lutego analitycy prognozują wzrost cen. Benzyna 95-oktanowa ma kosztować od 5,53 do 5,64 zł za litr, olej napędowy od 5,90 do 6,01 zł za litr, a autogaz od 2,65 do 2,72 zł za litr. Niektóre stacje mogą wprowadzić kilkugroszowe podwyżki. Warto zaznaczyć, że spadki cen obserwowane pod koniec stycznia były możliwe przede wszystkim dzięki rezygnacji operatorów ze znaczącej części marż, a nie rzeczywistym spadkom hurtowych cen paliw.
Ostatnie obniżki na stacjach wynikają z czasowego ograniczenia marż przez operatorów rynku detalicznego, a rosnące ceny ropy już teraz przekładają się na podwyżki hurtowe.
Istotnym czynnikiem ryzyka pozostaje wzrost cen ropy, która na światowych giełdach oscyluje w okolicach 70 dolarów za baryłkę. To właśnie ta tendencja może w najbliższym czasie najbardziej uderzyć w portfele kierowców. Na rynku hurtowym metr sześcienny benzyny 95 kosztuje już 4299 zł, o 10 zł więcej niż tydzień wcześniej, a olej napędowy podrożał o 10,20 zł, osiągając 4596 zł za metr sześcienny.
Chociaż pod koniec stycznia kierowcy mieli chwilę oddechu, coraz częściej wskazuje się na to, że epoka taniego tankowania dobiega końca. Ruchy na rynku hurtowym, presja wzrostowa cen ropy oraz ograniczone pole do dalszych obniżek marż skutkują sytuacją, w której niezbędne będzie uważne monitorowanie rynku, ponieważ zmiany mogą nastąpić szybciej, niż wielu się spodziewało.